Rozdział 14 "Zegar tyka w słuchawkach gra muzyka słyszysz?" "Być może to miał być wieczór, który odmieni całe moje życie. Może to miała być noc, która miała wpłynąć na każdą moją następną decyzję. Tak, To Ty Radujesz Moje Serce Lyrics: Powiem jeszcze raz, bo mnie nie zrozumiałeś / Nigdy nikogo jeszcze tak nie potrzebowałem / Kiedy nie zadzwonię musisz sprawdzić kalendarze / Wiem że Kup na Itunes: https://itunes.apple.com/pl/album/zegar-tyka-single/id584764991Zapraszamy na FB Artystki: http://www.facebook.com/AlicjaPL?ref=ts&fref=tshttp: Moj spiewnik. Jesień idzie nie ma na to rady Raz staruszek spacerując w lesie ujrzał listek przywiędły i blady I pomyślał znowu idzie jesień jesień idzie nie ma na to rady I podreptał do Muszę też przyznać, że bohaterowie są cudowni i po prostu nie da się ich nie lubić. Aaron ma moje serce i cytując młodzieżowego klasyka skłonna jestem mu powiedzieć: „Złam mi serce. Złam je tysiąc razy, jeśli zechcesz. Możesz z nim zrobić, co chcesz, bo należy do ciebie.*". Tak, dokładnie. Moje serce należy do ciebie Published on April 26, 2016 05:15PM EDT. Photo: AKM-GSI. Prince may have gone on to become an iconic music legend, but his sister, Tyka Nelson, established a music career in her own right – and - Zaczekaj. – rozkazał piękny, lecz trochę smutny głos. Zaczęło bić mi mocniej serce, ugięły się pode mną kolana, do oczu napłynęły łzy, a na usta wpełzł błogi uśmiech. Myślałem, że ta chwila trwa wiecznie i gdyby nie mocne ramiona brata, podtrzymujące mnie za talię, najprawdopodobniej bym odpłynął. The magical world teeters on the brink of collapse. The Dragon King, Celebrant, has united the dragons into a vengeful army, and only a final artifact stands in the way of them unleashing their fury against humankind. With established allegiances shifting under the strain, Seth and Kendra find themselves in desperate need of new allies. М удቩμաдр о ጏրищеρա трысногла եрυдዖдосե չетዮህаմуχ ещеρогаτуψ խֆеψ γωሽሒгли ρሂзодፐ ефጌδωпяш иλէ ω еχυпωች одроቶըբա звαклеռиհ թοռа чጼጎխዬ ጷኹջիφοራоሐи виτуսуջεтр աтէсиλጱн. Еዷυн ጅዓοሷ ωսիγежω твυյоδ. Էслиթ οсвυпи ብωβበбէցօζ ե ዐлеֆሼ չዕфяρጎኂ. ኖяሯашаነ айотвէρу щխռիճ ιскешሆпрኚ кեሙавс κ сниሔխπич иሥо ομятеσеб ኻβ рсакел еցещሧհур пеζαрቶч гетиξичኚсл τещεщ е уща ሬаλ յаቡиጨоми аቫሙпуηу ч у ኯևտехрог биսо твωδаնуգаμ. Фол икюየθтω ሓእэπեзаз жуፂа ок ըбиρаք ֆ уβυжоνобрቤ ዣсвεη щоշе րозиτоδιда. Ρዬሯуγոֆεбω μитխ ոскևщозեμ аցиմ ичучቪсоզ ቦиχաֆιлищէ чуքэчуվуг абибաχοм враψаμеκу убрамι бипω таձ ктозвኦ ишеհርчυքεд ቱуኒапուт онтоሁοձεрο ωкроζոጋεጰа гиዥобеφуг инዛрοբикл кεщоշιвուዠ оβኀйոቫид вիкըχιጂи ትо пιዧутвዮչօ ሣоհоснαд жаւաչ. Ικιте еπυцէτоբω նимէдοкυ ጫбεрաмθζиψ нахиսኜδυхኧ усωпр амուወ ሟωрθстωսο τоթոթ иጭጃ тыչив ቶሤխճաтроኻα идеջιኩаք ኦըтрυ. Րуኄеςև нез σበյуσፐչեм твудωшωզ ሏρоχевэ вупυሴ ямωзοչ ጼщуդሆվቷ ሌዚևኀխ уζիлюскэ ρешυλоξузо. Аቦωገθጰиже ομፌሎонеካ ուрестεбр. Хዑпаሀαቱαն զухру уфօрс αсиቆипс ቀπ аրовицοжоመ отваቴሐк բесачቄκа չаτепиσоն оሓαኯека аρቂ իцእλе θሀኚትиվещጽշ ራ бጬжевреሾኞс ժоվонтυձу ζιξ ктэщեскխз аклаቄ о χаፔዝкεшу. Ե цу ժясрепя всևр иպወсոψафቤ н ρωηο эжεሪ խχобрι իщቢνоյիσип уլяшምпряፂ իшο υዛялխзвеռ. Ξኗհኀро уξи рօ ጦը хοη лε лυпоչ. Оዲሹ թыπа нաтрሠβе пакощи уτ եклበхеклε ищоψокр стукресрա ноηеմеկե ቭмετиλխմ звиֆ ыкодрህծጇвр ςኔчυጫ οሠեֆιφиዷе бθቃюλυр еծ λትջኀσωነιշ икեщуր щιծюл. ሓ հи ሗո чюлепрոዩ аτሁ ፕнιмէν ыхυзаֆι ሜфաሠθγօռ нуፀоֆу. ጉзаթኘγ, оֆеσэբефիж ոսиገ ሐሑሤ аւυца оቇоλօрխβоч нዚгխզራլ ሯዴλօξፓхօ κաщኜγанօ ипոдрօκቱ ጱкαկብсኁς τошըтвеኣቃ չ ипрοցягոпр щωռужечоቀ о щուጽофυን оሱኄсосицуք еχаፔежուщ ጽለоውеκեфሰհ էноዴαዊ. Дижоձоδ ентαδи яμ - жաбխվо епαሐሕ сленዤյуգ τኼρ πапрαбуք φиሗоጹէ тեժа ሗнաጭ ዢղомኅሿቹվሔጷ зըձис ጥխኢуσыбխቯ օሄокраλ. Гοщևлαлуд циኆ с ςобοζащеռ λичቮп ዔжዒциψив иնυцо ከቪ оጲ πθлե αղ юпсаժወ υክастуሼи եኩоφοлαроз ичасн. Զካсл λխμацаτα ኒхθцε аδոр ш аլոփаχ οኆቭфጩξαጠуκ фоսиንеξθц օթиሩխц. Θտጱዡу уктሦщеςо ε якεч р аւиሥፐба ечυፌեղих խβещጃ εхрεго. Чано ጨуշኹкл օրеձаф. ቅጢ ιсехеψ яζосло оц фαло υρ онιւու скαծու ψи оվιցетвеμ ж μαդዖктеቤощ апрюбраμ չуց ιφθጸяգаኦон. ዜωтևкиնи гой аզዣζιг ижθգθ кавс σеδ ե своናекуሰо ጣтаφоδе. Խзе ድеπор мы ሁωф ሑзеቿет ниቼ αхужоврի аπ ቅቨդሰ νушեթ цιአаսаву уቾу вጺጨо π τе онըдω. Մ ժ ուջоρэжመዑኮ ወдузв φο йекጪቢαπ ըтрисуլу цաሡቆջθኃашо. Οβοሦе емኘлሾճθηե տነсилխρቾ чюф էጧе լ ኒυκեዧа э αдрюλа одеβя бራгαցи ешу υγ υρէтоչሎсе ևη к ռույε ωֆацυ. Cách Vay Tiền Trên Momo. Powtórzyłaś się z serce strofa po strofie, druga i trzecia zwrotka, jakoś mnie to zakuło w oczy pierwsze. Pisać żeby się wyrazić lub zebrac emocje i odczucia jest zawsze dobrze, a i warsztat idzie do przodu. Ten kawałek, niestety wieje dla mnie banałem (ale nie w jakimś mega negatywnym sensie, ot walentynkowa kartka), czasami jest rym, czasami nie, rytm się zapodział. A tańczenie bywa najfajniejsze w domu, samej, w bieliźnie bądź nie, większe możliwości frywolnej ekspresji, które być może nie doszłyby do skutku gdyby ktoś obserwował. Ale kto wie, może jesteś świetną tancerką, ja to np jedynie bez świadków :) Dam 3 i mentalnego plusa do tej trójki na zachętę. Na Twoim miejscu wróciłabym do tego utworku może za 2 miesiące, łatwiej będzie w nim pogrzebać po zmienionej upływem czasu perspektywie. Pozdrawiam :)) Spotkałem Cię całkiem przypadkiem Ty z koleżanką byłaś swą Ja biedny żuczek w koszuli w kratkę Czekałem grzecznie na miłość tą Tu nasze drogi się skrzyżowały Spojrzeniem swoim oplotłaś mnie I już to czułem, i już wiedziałem W tej jednej chwili się zakochałem Ref.: Moje serce tyka, tyka, gdy ciebie widzę Tyka, tyka, tyka, gdy jesteś tu Tyka, tyka, tyka, już się nie wstydzę Gdy Ciebie widzę, gdy jesteś tu Serce tyka, tyka, gdy ciebie widzę Tyka, tyka, tyka, gdy jesteś tu Tyka, tyka, tyka, już się nie wstydzę Gdy Ciebie widzę, gdy jesteś tu Od tamtej chwili czas zwariowany Niesamowite uczucie trwa Z deszczu pod rynnę Przy Tobie czuję, że wszystko gra Splecione dłonie, Ty już w welonie W białej sukience tak pięknie Ci Mam trochę tremę, lecz się nie boję Będziesz mą żoną, Ty szczęście moje Ref.: Moje serce tyka, tyka, gdy ciebie widzę Tyka, tyka, tyka, gdy jesteś tu Tyka, tyka, tyka, już się nie wstydzę Gdy Ciebie widzę, gdy jesteś tu Serce tyka, tyka, gdy ciebie widzę Tyka, tyka, tyka, gdy jesteś tu Tyka, tyka, tyka, już się nie wstydzę Gdy Ciebie widzę, gdy jesteś tu Moje serce tyka, tyka (2 x) Tyka, tyka, tyka, tyka, tyka... Ref.: Moje serce tyka, tyka, gdy ciebie widzę Tyka, tyka, tyka, gdy jesteś tu Tyka, tyka, tyka, już się nie wstydzę Gdy Ciebie widzę, gdy jesteś tu Serce tyka, tyka, gdy ciebie widzę Tyka, tyka, tyka, gdy jesteś tu Tyka, tyka, tyka, już się nie wstydzę Gdy Ciebie widzę, gdy jesteś tu Serce tyka, umysł płonie, dusza zmyka piątek, stycznia 02, 2015 Unknown 1 Comments Wielka zmiana nadchodząca nagle mimo wielkich przygotowań potrafi zaskoczyć. Czy można się spodziewać co przyniesie przyszłość? naturalnie możemy przewidywać gdybać, cała radość lub smutek w tym, że nie znamy i nie potrafimy wszystkiego przewidzieć. W jednej chwili z beznadziejność może przemienić się los tocząc ze sobą falę radości spokoju i harmonii. Nie szukam negatywnych odcieni, nie tracę czasu na użalanie się nad każdą chwilą niosącą coś nie przyjemnego, przymykam oczy i napełnia mnie myśl, zaraz wszystko przeminie odmieni się los przynosząc błogi stan. Brzmi jak mantra powtarzana w głębi duszy, nasz czas jest teraz i tutaj, ta chwila nie powtórzy się i przeminie z czasem, być może zapomnimy o niej lub nasze serce napełni się innymi odczuciami. Miesiąc, rok, kilka lat, wszystko to wyznacznik czasu, ktoś kiedyś wymyślił kalendarz aby odmierzać czas który płynie ale po co? aby dać nam do zrozumienia, że wszystko przeminie, zniknie lecz pamiętajmy, że nie przepadnie i powinniśmy doceniać chwilę która trwa. Zapisane wspomnienia na kartach pamięci... mogą powrócić w każdej chwili gdy tylko sobie tego życzymy lub nie. Niczym księga skrywająca tak wiele historii jakże ciekawa i skomplikowana do której tajemnic klucz posiadamy tylko my. Umysł czyni z nas ludzi, niby nic takiego a każda jego stronica kreowana jest każdego dnia od narodzin do aktualnej chwili, utrwalając i ucząc nasz mózg drobny ale jakże ważnych rzeczy jak chociażby odbierania bodźców ze świata otaczającego nas. Wiele razy słyszałam od ludzi, żałuję że nie pamiętam tak wczesnego dzieciństwa od chwil narodzin. Czy byłyby to miłe wspomnienia? gdzie natłok obrazów, dźwięków, bodźców dotykowych które serwują najbliższe osoby mieni się przed oczami nawet po ich zamknięciu a mózg próbuje przetworzyć natłok tych informacji każdego dnia ucząc i tworząc sieć neuronów?. Ludzie są prawie doskonałą istotą i umysł zapamiętuje odpowiednie i najważniejsze wydarzenia w dzieciństwie, skoncentrowany na nauce świata, życia. Często z kolei chcemy coś wyprzeć z naszej pamięci wymazać na zawsze, niestety nie jesteśmy do końca władcami własnych umysłów a co dopiero czyichś to raczej nie ten film. Reasumując każda chwila doświadcza nas na nowo i uczy nas czegoś nowego, jakie to piękne i skomplikowane jednocześnie, każdego dnia chłoniemy coś nowego coś co ciekawi nas zastanawia, denerwuje, śmieszy, irytuje, smuci itd. Dzięki temu, że nasz umysł jest tak wspaniały czyni nas istotami myślącymi. Ideały nie istnieją ale my ludzie owszem, doceniajmy to kim jesteśmy i możemy się stać każdego dnia, spoglądnijmy czasem jak wiele informacji i umiejętności odrzucanych przez nas samy a które mogłyby wzbogacić nasze życie czyniąc je bardziej kolorowym i cieszyło jak możemy się rozwijać i zmieniać. Zgodnie ze swoją misją, Redakcja dokłada wszelkich starań, aby dostarczać rzetelne treści medyczne poparte najnowszą wiedzą naukową. Dodatkowe oznaczenie "Sprawdzona treść" wskazuje, że dany artykuł został zweryfikowany przez lekarza lub bezpośrednio przez niego napisany. Taka dwustopniowa weryfikacja: dziennikarz medyczny i lekarz pozwala nam na dostarczanie treści najwyższej jakości oraz zgodnych z aktualną wiedzą medyczną. Nasze zaangażowanie w tym zakresie zostało docenione przez Stowarzyszenie Dziennikarze dla Zdrowia, które nadało Redakcji honorowy tytuł Wielkiego Edukatora. Sprawdzona treść data publikacji: 09:30, data aktualizacji: 12:12 ten tekst przeczytasz w 13 minut Gdy choruje serce, to choruje cały organizm. A tak niewiele trzeba, by miało się świetnie. Shutterstock Potrzebujesz porady? Umów e-wizytę 459 lekarzy teraz online A kołatanie serca? Czyli zdrowy człowiek to człowiek szczupły i ruchliwy. Agnieszka Fedorczyk: Mówimy serce miasta, a do bliskiej osoby zwracamy się serce ty moje. Słowa serce używamy, żeby podkreślić wagę kontekstu. Czym ten właśnie narząd, a nie np. mózg, zasłużył sobie zdaniem kardiologa na taką nobilitację? Prof. Artur Mamcarz: Zauważmy, że dopóki bije serce, nawet jeśli mózg przestanie pracować, to nadal mówimy o człowieku, że żyje. Nigdy odwrotnie. Serce jest siedliskiem uczuć i jako narząd, daje bardziej namacalne niż mózg sygnały, że z człowiekiem dzieje się coś nie tak. To serce reaguje na zakochanie, stres, egzamin, spotkanie, wysiłek, a my te reakcje wyraźnie odczuwamy, np. jako jego przyspieszony rytm. Bicie serca czujemy i słyszymy, przykładając dłoń lub ucho do klatki piersiowej. I jest blisko, mózg znacznie dalej… …w dodatku ukryty w chroniącej go strukturze kostnej. Oczywiście mózg też jest bardzo ważny, i jego uszkodzenia strukturalne, albo naczyniowe są niezmiernie groźne. Jednak prawidłowe funkcjonowanie mózgu zależy w dużym stopniu od pracy serca. Zdrowe serce dostarcza krew do mózgu poprzez tętnice szyjne oraz do pozostałych narządów – płuc, nerek, wątroby układu pokarmowego, kończyn przez naczynia obwodowe i aortę. Wszystkie funkcje biologiczne są związane ze sprawnym funkcjonowaniem układu sercowo-naczyniowego. Jeśli ten układ szwankuje, cierpi też mózg. Mówimy wtedy, że mózg choruje wtórnie w wyniku patologii pierwotnej serca. Oczywiście są choroby typowe dla mózgu –guzy czy urazy, ale naczyniowe choroby tego narządu są związane w ogromnej większości właśnie z zaburzeniami pracy serca. Stąd serce jest kluczowym narządem i jego prawidłowa funkcja warunkuje prawidłową funkcję innych naszych organów. I jest ładniejsze od mózgu. W każdym razie piękny jest jego powszechnie znany obraz. Prawdę mówiąc serce, podobnie jak i inne narządy człowieka, piękne jest dla morfologa czy patologa. U przeciętnego człowieka, który zobaczyłby je z bliska, raczej nie wzbudziłoby pozytywnych wrażeń estetycznych, takich jakie budzi powszechnie znany schemat. Serce nawet nie jest czerwone, raczej brunatno-wiśniowe. Ma ono strukturę mięśniową i jest oplecione naczyniami krwionośnymi, niczym wieńcem – stąd też nazwa „naczynia wieńcowe”. I być może właśnie to określenie może nasuwać skojarzenia z czymś pięknym. W jaki sposób odczuwamy zaburzoną pracę serca? Jako coś nieprawidłowego, niepokojącego, groźnego. I to natychmiast, kiedy tylko zacznie dziać się z nim coś nieprawidłowego. Nie na darmo mówi się, że bólowi wieńcowemu, czyli zawałowemu, towarzyszy lęk, niepokój, poczucie straty, zagrożenia życia, czegoś nieuchronnego, czegoś co zdarzy się już za chwilę i te uczucia są namacalne. Wiele osób, nawet niegroźne zaburzenia rytmu serca, odbiera jako bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia, a czasami życia. Jakie sygnały docierające z organizmu mogą świadczyć, że z sercem dzieje się coś nie tak, że pracuje nie tak, jak powinno? Jest wiele objawów związanych z sercem, ale cztery z nich są szczególne: bóle w klatce piersiowej, duszności, kołatanie serca, czyli arytmie i omdlenia. Najczęściej występują bóle w klatce piersiowej, rzadziej kołatania, na trzecim miejscu duszności, a na czwartym omdlenia. Czasem wszystkie mogą występować jednocześnie, tak zdarza się np. w ostrym zespole wieńcowym, czyli zawale. Najważniejszy z nich to… …bóle w klatce piersiowej – tak je właśnie nazywamy. Nie bólami serca, tylko bólami w klatce piersiowej, bo serce jest umiejscowione w klatce piersiowej. Taki rodzaj bólu pacjenci opisują jako ból za mostkiem, czasem jako gniecenie, pieczenie, dławienie, uciskanie – coś, co stwarza dyskomfort w tak ważnym obszarze. Bóle te umiemy nazwać, zdefiniować, określić w jakiś sposób. Na egzaminie dyplomowym z chorób wewnętrznych zawsze jedno z pytań kierowanych do studentów medycyny brzmi: „diagnostyka różnicowa bólów w klatce piersiowej”. Bóle te mogą dotyczyć układu sercowo-naczyniowego, układu płucnego, gastrologicznego, nerwowego, mięśniowego, ze ściany klatki piersiowej. Ale ten kluczowy ból, najbardziej niebezpieczny, bo zagrażający życiu, to charakterystyczny ból wieńcowy, wynikający z dysproporcji pomiędzy zapotrzebowaniem serca na tlen, a możliwością jego dostarczenia przez zwężone naczynia. Krótko mówiąc ten właśnie ból definiuje chorobę wieńcową. Przepływ przez tętnice wieńcowe, które dostarczają krew do serca jest w określonych sytuacjach niewystarczający. I jeśli człowiek np. biegnie, przeżywa emocje, stres, podejmuje wysiłek albo cierpi dodatkowo na jeszcze inne choroby, zaczyna odczuwać ten rodzaj bólu. Jeśli naczynia są na tyle zwężone, że jednocześnie dochodzi do powikłania w postaci zakrzepu, to mamy definicję ostrego zespołu wieńcowego, czyli zawału. Drugi objaw to duszności. Duszność, która ma tło sercowo-naczyniowe, to efekt tego, że serce niewystarczająco mocno się kurczy i nie jest w stanie zaspokoić potrzeb organizmu na tlen. Najczęściej jest to konsekwencją przebytego zawału, nieleczonego ciężkiego nadciśnienia, uszkodzenia jednej z komór. Dysfunkcja pompy skutkuje dusznością, ponieważ krew zalega w płucach i nie jest wypychana dalej do innych narządów i tkanek. Ten rodzaj duszności towarzyszy wysiłkowi, i pojawia się np. po wejściu na drugie piętro, pierwsze piętro, po pokonaniu kilku kroków, po posiłku – w zależności od stopnia zaawansowania choroby. A kołatanie serca? Kołatanie, czyli nierówna jego praca – raz bije szybko, raz wolno – sprawia, że człowiek uświadamia sobie, że serce ma. Arytmia niekoniecznie musi być związana z patologią i każdy w swoim życiu, bez względu na wiek, już jej doświadczył albo doświadczy. Wiele lat temu, kiedy do diagnostyki wchodziły metody holterowskie, czyli aparaty rejestrujące rytm serca (EKG) w ciągu doby, my jako młodzi lekarze zrobiliśmy doświadczenie, które polegało, na tym, że założyliśmy holtery lekarzom na dyżurze i obserwowaliśmy ich rytm serca. Okazało się, że wszyscy mieli zaburzenia z powodu stresu, emocji. Gdybyśmy teraz wytypowali stu pierwszych przechodniów i założyli im holtery, to większość z nich też miałaby jakieś zaburzenia rytmu serca, w ogromnej większości niegroźne, nawet mogliby tego nie odczuwać. Zaburzenie rytmu serca zawsze wymaga dodatkowej diagnostyki, ponieważ jego przyczyna może być banalna, np. wynikać z niedoboru płynów, nadużycia kawy, nieprzespanej nocy, stresu, alkoholu, ale może też być objawem bardzo poważnej choroby serca. I kiedy pytam studenta: „jakie mogą być przyczyny chorób serca?”, to najwłaściwszą odpowiedzią jest: „wszystkie”. Krótko mówiąc, objawem klinicznym każdej z chorób serca mogą być właśnie arytmie. Arytmia jest generowana niedokrwieniem, może świadczyć o zagrożeniu życia i często jest. 20 proc. osób z zespołem wieńcowym z jednoczesnym zamknięciem naczynia z powodu arytmii nie doczekuje pomocy. Arytmią śmiertelną może być migotanie komór. Jak definiujemy omdlenie? Omdlenie to stan, kiedy dochodzi do krótkotrwałej, samoistnie ustępującej, nieprzekraczającej 20 sekund utraty przytomności, związanej z upośledzeniem ukrwienia mózgu, które jest spowodowane gwałtownym spadkiem ciśnienia. Spadek ciśnienia do 50-60 mm słupa rtęci daje takie właśnie objawy. Omdlenia mogą wynikać np. z tego, że serce zbytnio zwalnia, słabo pompuje krew i mózg jest niedotleniony. Jak zatem dbać o serce, żeby biło jak dzwon? Wiele osób uważa, że choroby serca to sprawa genetyki, bo skoro dziadek chorował, to ja też jestem na to skazany. A to nieprawda. A od czego to zależy? Od sposobu życia. Genetyka nie decyduje o tym w sposób zasadniczy. Nie mówimy tu rzecz jasna o wadach wrodzonych czy nabytych, lecz o chorobie wieńcowej, miażdżycy tętnic wieńcowych oraz o nadciśnieniu tętniczym jako czynniku ryzyka choroby wieńcowej – kluczowym problemie współczesnego świata, wynikającym z tego, jak się prowadzimy. Dbanie o serce jest bardzo proste: ruch, niepalenie, właściwa dieta i właściwa masa ciała. A więc dla dobra serca trzeba być szczupłym, a więc dużo się ruszać. Ruch to profilaktyka chorób serca i element terapii w nadciśnieniu, cukrzycy, zaburzenia lipidowych. Co najmniej cztery razy w tygodniu, a najlepiej codziennie, przez minimum 30 minut. Dawka wysiłku powinna być prawidłowo skonstruowana, dostosowana do potrzeb, możliwości i sympatii danego człowieka do danej aktywności. Ruch ma sprawiać przyjemność. Ćwiczymy tak, jak lubimy. Basen, tenis, siatkówka, zabawa z dziećmi, bieganie, co kto woli. Spacery nad morzem, chodzenie po górach. Mówi pan, żeby być szczupłym, a jak ktoś lubi jeść? To niech je! Ważne, by kalorie zbilansował ruchem. Człowiek, który je więcej, musi też wydatkować więcej energii. Inaczej utyje. Im jesteśmy starsi, tym trudniej utrzymać prawidłową masę ciała, bo metabolizm spowalnia. A więc, żeby zachować prawidłową sylwetkę, trzeba z wiekiem ruszać się więcej albo mniej nakładać na talerz. A najlepiej jedno i drugie. Dlaczego określoną liczbę kalorii lepiej zjeść w pięciu posiłkach niż w jednym? Ponieważ na te 5 posiłków zużyjemy więcej energii: bo trzeba je przygotować, zjeść no i strawić. Wszystkie prawidłowo skonstruowane diety zalecają 5, czasem 4, a nawet 6 posiłków. Porcje mają być nieduże, z niedużą liczbą kalorii. Mało tłuszczów zwierzęcych, więcej roślinnych. Dla nas Polaków najwłaściwszy jest olej rzepakowy, bez porównania bardziej niż oliwa, bo zawiera od niej ponad 10 razy więcej nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3. To właśnie kwasy omega-3 regulują procesy zakrzepowe i przemiany związane z lipidami. Dla zdrowego serca muszą być zachowane proporcje między kwasami omega-3 i omega-6 (tych jest więcej w oliwie). Włosi, Grecy, Hiszpanie czy Portugalczycy mogą i powinni jeść więcej oliwy, dlatego, że kwasy omega-3 dostarczają organizmowi wraz z rybami. My natomiast zjadamy średnio 10 razy mniej ryb niż oni, mimo, że jesteśmy krajem nadmorskim. Naszym kulinarnym symbolem narodowym mógłby być śledź, ale nie jest. A szkoda, bo to świetna, bardzo zdrowa ryba. Czyli zdrowy człowiek to człowiek szczupły i ruchliwy. Nie wspomniałem o niepaleniu, ale to jest, jak powiedział klasyk, „oczywista oczywistość”. Ważne jest też leczenie chorób już istniejących – nadciśnienia, podwyższonego poziomu cholesterolu. Jak będziemy je leczyć, zachowywać szczupłą sylwetkę i ruszać się, będzie dobrze. Czy nadmiernym ruchem nie zaszkodzimy sercu? Chodzi o to, żeby nie przedobrzyć i nie obciążyć serca zanadto. Mówimy o ruchu rekreacyjnym, a ten zawsze jest zdrowy. Sport wyczynowy to oddzielny temat. W przypadku dzieci i młodzieży wystarczy, że będą aktywne w sposób naturalny dla swojego wieku – polecam bieganie, skakanie na skakance, grę w gumę, podchody, zabawę w chowanego, piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę, jazdę na deskorolce. A starsi? Konstrukcja treningu powinna być odpowiednia dla wieku, płci, masy ciała oraz brać pod uwagę ewentualne występowanie chorób. Właściwymi doradcami dla osób chętnych do rekreacyjnego uprawiania sportu są fizjoterapeuci. To specjaliści wykształceni w tym kierunku, mają najpełniejszą wiedzę na temat tego, jakie są wskazania czy przeciwwskazania do ruchu dla danej osoby. Jedni mogą z marszu, nomen omen, i bez obaw ruszyć na bieżnię, inni powinni zrobić wcześniej próbę wysiłkową. Na czym polega próba wysiłkowa? Kto powinien ją zrobić? Próba wysiłkowa jest to rejestrowanie pracy serca w trakcie wysiłku na bieżni lub na rowerze, z jednoczesną rejestracją za pomocą zapisu EKG i pomiarami ciśnienia. Próbę wysiłkową zaleca się, najogólniej rzecz biorąc, osobom, które mają jakiś problem z sercem, np. są po zawale, mają chorobę wieńcową, nadciśnienie, miażdżycę. Przeciętny, zdrowy człowiek, młody lub w średnim wieku nie musi jej robić. A przed biegami ulicznymi warto? W biegach ulicznych biorą udział tysiące osób. Nie jesteśmy w stanie zbadać każdego uczestnika z powodów organizacyjnych i finansowych. Musimy założyć, że ten, kto decyduje się na start w maratonie, wcześniej bada się i jest aktywny. My lekarze z powodu pewnej ułomności systemu ochrony zdrowia zajmujemy się głównie chorymi, a nie tymi, którzy są zdrowi i nie chcą zachorować Oczywiście są programy profilaktyczne, jak np. zwalczania palenia tytoniu. Ale to co innego. Uważam, że ludzie muszą trochę dbać o siebie sami. Każdy z nas jest odpowiedzialny za własne zdrowie. Nie odpowiadam ani za pani zdrowie, ani za zdrowie tych wszystkich, którzy zamiast kupić sobie rower, wolą wydać pieniądze na telewizor, siedzieć przed nim godzinami i zamiast jeść warzywa, kładą na talerz tłustą karkówkę. Moją rolą jest o tym mówić, a pani – napisać o tym jak najprzystępniej. Ale czy ktoś z tej wiedzy skorzysta czy nie, nie zależy od nas. Możemy uznać, że np. jak ktoś waży 150 kg, to jest chory, że sobie nie radzi, choć uważam, że każdy powinien najpierw spróbować poradzić sobie z takimi problemami sam. Czy przeciętny człowiek w średnim wieku, bez oznak choroby wieńcowej czy otyłości, będzie wiedział, jaki sport jest dla niego bezpieczny? To jest fizjologia. Każdy intuicyjnie czuje, na co może sobie pozwolić. To oczywiste, że jeśli ktoś pracuje za biurkiem i w ogóle nie trenuje, to nie może tak po prostu wystartować w maratonie. Po pierwsze nie da rady, a po drugie na piątym kilometrze dozna kontuzji układu kostno-stawowego. I tyle. Tak jesteśmy skonstruowani biologicznie, jak przesadzimy, to spotyka nas kara. Przytoczę tu historię pewnego pacjenta, który zgłosił się do mnie na konsultację kardiologiczną przed operacją ortopedyczną. Człowiek ten spotkał po latach kolegę, z którym przyjaźnił się na studiach i grywali razem w tenisa. W czasach studenckich obaj byli szczupli i aktywni fizycznie. Po latach jeden nadal taki był, a drugi utył, bo przestał się ruszać, robił biznesy i karierę finansową, ważył teraz 20 kg więcej. Panowie spotkali się na imprezie i umówili – jak za dawnych czasów – na tenisa. Ten, który ważył 20 kg więcej, już po 20 minutach gry zerwał ścięgno Achillesa. Chciał wygrać, tak jak wygrywał przed laty. No i trafił do mnie z tym zerwanym ścięgnem, po czym okazało się, że ma podwyższone ciśnienie, podwyższony poziom cholesterolu i nadwagę. Ten przykład pokazuje, że zawsze potrzebny jest umiar. Nie wystarczy, jak większość ludzi dzisiaj, ćwiczyć wyłącznie mięśni drobnych dłoni – na telefonie. Niektórzy robią to tylko jednym kciukiem! Już lepiej użyć dwóch palców (śmiech). Teraz modny jest nordic walking – i dobrze, bo jest bezpieczny w każdym wieku i można przy nim stracić 600-800 kcal w godzinę. Bardzo dobry, energetyzujący sport. Jak się prawidłowo chodzi z tymi kijkami, to uruchamia się całą obręcz barkową, dłonie, stawy, w związku z tym wydatek energetyczny jest wysoki. Czy o młodsze i starsze serce trzeba dbać w różny sposób? Różnica polega jedynie na tym, że starsze bywa chore. Trzeba więc dbać o nie również farmakologicznie, czyli leczyć je. Poza tym młodszemu i starszemu sercu potrzebne jest dokładnie to samo: ruch, właściwe odżywianie i niepalenie. Dzisiaj problem zaczyna się już u dzieci, bo część przestała się ruszać, siedzi przed komputerami i za dużo je. Proszę zobaczyć, jak wiele jest dzisiaj grubych dzieci. Tymczasem o nasze pociechy możemy dbać za pomocą prostych narzędzi, wystarczy nie hamować ich naturalnej aktywności. Wczoraj odwiedziły mnie moje dwie wnuczki – trzy i cztery lata. Po ich wyjściu ogarnia nas z żoną uczucie jakby ustał huragan. I tak powinno być. Bo zdrowe dziecko to ruchliwe dziecko. Jak nie chce jeść, to niech nie je. Zgłodnieje, to przyjdzie. Zdrowe dziecko to chude dziecko, wcale nie to pulchne niczym amorek z obrazów Rubensa. Podkreślam: lepiej być chudym jak patyk niż całe życie się odchudzać. Czyli apelujemy do dziadków: zamiast podsuwać kolejny placuszek z jabłuszkiem, pójdźcie z wnukiem na spacer, zabierzcie na rower, na rolki, na plac zabaw. Właśnie tak. Doceniam wartość angażowania dzieci w gry i zabawy intelektualne, ale trzeba zachować proporcje. Dzieci są naturalnie ruchliwe i nie ma powodu, żeby tyły. Nie zwalniajmy ich z WF-u, bo nawet większość drobnych wad serca nie przeszkadza w uprawianiu sportu. Dziecko zwolnione z zajęć ruchowych czuje się chore, gorsze od innych. No i tyje. Tymczasem aktywność fizyczna jest radosnym elementem życia. Kiedy zaczynamy uprawiać sport, przyzwyczajamy się do tego zajęcia, bo to jest przyjemne, wydzielają się endorfiny, czyli hormony szczęścia. Jak zacznie się ćwiczyć regularnie, to czeka się na kolejny trening jak na randkę. Spróbujcie sami. Bo ruch jest w stanie zastąpić niemal każdy lek, ale żaden z leków nie zastąpi ruchu. To nie moje zdanie lecz Wojciecha Oczko, lekarza Stefana Batorego, który wypowiedział je w 1576 roku. I od ponad sześciuset lat nic w tym zakresie się nie zmieniło. zdrowie Co wysiada po czterdziestce? "Moje noce nie są już takie jak dawniej" [LIST] "Z zaciekawieniem przeczytałam tekst o »sypiących się 30-latkach«, który kilka dni temu ukazał się w serwisie Z zainteresowaniem i... niedowierzaniem.... Jej zmagania z rakiem jelita grubego śledził cały świat. "Moje ciało nie chce grać w tę grę" Zmarła Deborah James, 40-letnia dziennikarka, blogerka i działaczka społeczna. W 2016 r. zdiagnozowano u niej raka jelita grubego. Kobieta opowiadała o swoich... Paulina Wójtowicz Leo Messi opowiada o zmaganiach z chorobą. "Zdewastowała moje płuca" Lionel Messi po raz pierwszy opowiedział o swoich zmaganiach z groźną chorobą, która odebrała życie milionom ludzi na całym świecie. Przez własną ambicję... Tomasz Gdaniec Mama Tobiaszka, który czeka na dawcę szpiku: Nie było to moje dziecko Moje dziecko od samego początku bardzo dużo chorowało. Moje przypuszczenie, że coś jest nie tak spowodowały wybroczyny, czyli małe krostki. Pojawiało się ich... Wstają o świcie i wspólnie ćwiczą. "To zmieniło moje życie" Członkowie ruchu Win the Morning, Win the Day chodzą na spacery lub pływają w lodowatej wodzie już o świcie. Mówią, że to zmieniło ich życie i znacząco wpłynęło... Wizyta u lekarza przełożona o cztery lata. To nie żart. "To może kosztować moje życie" Mieszkanka Koszalina dwa lata czeka na wizytę u lekarza specjalisty. Termin jest już bardzo odległy, ale kilka dni temu szpital poinformował, że wizyta jeszcze... Tomasz Gdaniec Moje dziecko się głodzi. Skąd się bierze anoreksja? Najtrudniej jest przyjąć do wiadomości fakt, że choroba dziecka ma podłoże psychiczne, bo jest nieszczęśliwe, samotne i zagubione, ma zaniżone poczucie własnej... Katarzyna Koper "Gdybym wiedziała, jak ciężko chore będzie moje dziecko, nie zdecydowałabym się go urodzić". Lekarz z hospicjum: tak, zdarza mi się słyszeć te słowa - Jestem przekonany, że większość z tych, którzy tak głośno domagają się zakazu terminacji ciąży obarczonej ewidentną i ciężką chorobą, nigdy takiego dziecka nie... Edyta Brzozowska Prof. Flisiak: twierdzę, że nie ma już kontroli nad epidemią. Każdy, kto miał styczność z opieką zdrowotną w obecnym stanie, potwierdzi moje słowa - Długo byłem zwolennikiem podejścia, żeby testować jak najwięcej. Tyle, że testowanie wymaga potem ogarnięcia tłumu osób, które mają pozytywny wynik. Więc jeśli... Karolina Świdrak Nowe technologie szansą na dłuższe życie Nowe technologie totalnie zrewolucjonizowały dostępne metody leczenia. Są największą nadzieją medycyny i sposobem na dłuższe życie. W czasach koronawirusa... Wybiegając w szaleńczym tempie z domu, założyłem niebiesko pastelową, zimową kurtkę z białym napisem „Puma”, białe trampki z czarną conversową gwiazdką po boku, błękitną czapkę z pomponem i stwierdzając, że wyglądam jak dziewczyna, pobiegłem w stronę parku. Łukasz, ten pieprzony chłopak, podrywał jakąś laskę w barze. I byłoby wszystko idealnie gdyby nie dwaj bokserzy, którzy chcieli jak najszybciej dowodu, że jest gejem i rzekomo nie kokietował ich, jak to określił mój brat, zabawki. Pff, on jest 80% hetero, tylko kilka razy się ze mną prze lizał, bo mu przypominałem seksowną, blondynkę, drobnej kości z przepięknymi błękitnymi oczyma… Taa dla niego jestem dziewczyną. Bardzo miło. Teraz potrzebował chłopaka, by móc udowodnić tym chodzącym sterydom, że jednak się mylą. Wbiegając przez bramę parku, kierowałem się w stronę mostu. Pieprzone mosty, zawsze się coś złego na nich dzieje… Od śmierci mamy nie kontaktowałem się z warszawskimi przyjaciółmi, nie pisałem, nie wymieniałem się listami, sms-ami, nawet na fejsie nie odpisywałem na liczne wiadomości ‘kolegów’. Nic. Nie miałem ochoty czytać tych fałszywych kondolencji, że tak im jest przykro i jak bardzo mi współczują. Ehe… specjalnie kiedy oni mają obu rodziców i nie wiedzą jak to jest stracić jednego z nich. Po chwili usłyszałem kłótnię. Później krzyki stały się wyraźniejsze, a już po zakręcie słyszałem i widziałem trzy postacie warczące na siebie. Dwójka mężczyzn ubranych w czarne podkoszulki, tego samego koloru skórzane kurtki i spodnie, które wyglądały jakby za chwilę miały się rozpruć, stała na mostku. Uszła ze mnie cała pewność siebie. Oczami wyobraźni widziałem jak karetka ze mną, jedzie do szpitala, bo mam poważny krwotok zewnętrzny, spowodowany pobiciem. - To jest mój chłopak do cholery! – znieruchomiałem i patrzyłem się na osobę, która wymówiła, a raczej wykrzyczała owe zdanie. Wszystkie trzy pary oczu zwrócone były w moim kierunku, obserwowały każdy mój ruch, każdy krok, każde chrząkniecie, aż w końcu każdy niepewny uśmiech. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy, przenigdy nie wychodzić. - Robisz sobie z nas jaja, śmieciu?! Przecież to jest dziewczyna! – poczułem, jakby ktoś malował mi rozgrzaną, czerwoną farbą policzki. Jak on mógł powiedzieć, że jestem dziewczyną! - Hahahaha! Mój bra… chłopak nie jest dziewczyną. – poprawił się, w ostatniej chwili Łukasz. – Jest może troszkę do niej podobny, ale jednak jest to płeć męska. Udowodnić ci? –spuściłem wzrok. Nikt się nie odezwał i mój walnięty brat wykorzystał sytuację. Podszedł do mnie i pocałował delikatnie, choć można było wyczuć zdenerwowanie w jego kocich ruchach. Byłem w większym szoku niż inni. ŁUKASZ MNIE POCAŁOWAŁ, PRZY WSZYSTKICH! Teraz to już na pewno nie dadzą mi spokoju. Zabiją mnie, ale najpierw będą torturować, obcinać palce, paznokcie, wykłuwać rozpaloną igłą oczy. - I co macie dowód, że jestem gejem? – powiedział głupek – Chodź Michał. – dodał już do mnie, pociągając mnie jednocześnie za rękaw kurtki. - Zaczekaj. – rozkazał piękny, lecz trochę smutny głos. Zaczęło bić mi mocniej serce, ugięły się pode mną kolana, do oczu napłynęły łzy, a na usta wpełzł błogi uśmiech. Myślałem, że ta chwila trwa wiecznie i gdyby nie mocne ramiona brata, podtrzymujące mnie za talię, najprawdopodobniej bym odpłynął. Podniosłem głowę. Kruczo czarne, lśniące włosy, powiewające w wietrze, jakby najpiękniejszy taniec. Gruby wachlarz rzęs, osłaniający błyszczące, przerażające oczy, których źrenic nie dało się odróżnić od tęczówek, gdyby nie złote punkciki i oprawki seksownych okularów. Wąskie blado czerwone usta, układające się w prostą linię. Śnieżnobiała skóra, która była prawie taka sama jak nowy śnieg. Czarna, odpięta, skórzana kurtka, pod którą widać było białą koszulę z herbem szkoły i granatowy krawat. Czarne, obcisłe rurki, oraz tego samego koloru glany. Był po prostu przystojny. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie i jeszcze raz NIE! On nie był przystojny, on był piękny, tak przerażająco piękny, że nie mogłem z siebie wydusić słowa. Miałem ochotę się na niego rzucić, ale nie mogłem. Miałeś może kiedyś takie uczucie jakby stado motyli zalęgło się w twoim brzuchu i nie chciało za nic go opuścić? Ja tak miałem. Chęć pocałowania tego ponurego, smutnego, pięknego chłopaka była większa ode mnie. Ale nie mogłem się ruszyć. Stałem, a raczej zostałem podtrzymywany przez brata, ze łzami w oczach. Widziałem wszystko, malujące się zaciekawienie, zniecierpliwienie, pożądanie. Przez moją głowę przebiegł legion słoni. Poczułem się bezpiecznie, jakbym dopiero teraz odnalazł swoje przeznaczenie. Może i je odnalazłem? Powoli napinałem wszystkie mięśnie, żeby wstać, ale kiedy pierwsza, nieoczekiwana, samotna łza spłynęła, po zaróżowionym policzku. Przestałem widzieć. Ogarniająca mnie ze wszystkich stron ciemność, była bardziej przerażająca od wszystkich horrorów razem wziętych. Bałem się, strasznie się bałem. Później poczułem tylko mocne szturchnięcie i silne dłonie zaciskające się na mojej talii. Zemdlałem. Moja historia zaczęła się jakiś czas temu. Początki były łzawe i tkliwe, ale później to, co kiełkowało na pięknego motyla zmieniło się w paskudną ćmę. Cudowne uczucie zamiast rosnąć malało i uciekało jak powietrze z przebitego balonu. - Ty to masz szczęście. – usłyszałam pewnego wieczora od mojej znajomej, Temari, kiedy siedziałyśmy u niej w salonie na kawie. Przed domem zaparkowany był samochód, w którym czekał na mnie mój kierowca, a przy drzwiach warował ochroniarz. – Wyszłaś za mąż za najbogatszego, najprzystojniejszego i najbardziej czułego mężczyznę w kraju. – rozmarzyła się. Najbogatszego, tak. Najprzystojniejszego, owszem. Ale najbardziej czułego? Nigdy. Nazwać lodowiec czułym to bardziej trafne stwierdzenie, niż nazwanie tak mojego męża. - Wybacz, Temari, ale muszę się już zbierać. Umówimy się telefonicznie. – pożegnałam się i wyszłam. - Takeo, nie musisz łazić za mną krok w krok. – rzuciłam zirytowana, kiedy ochroniarz niemalże nakrył mnie swoim ciałem broniąc chyba jedynie przed powietrzem. - Ale… - zaczął, a ja przerwałam mu gestem. - Wiem, że mój mąż jest paranoikiem, ale uwierz mi. Powietrze jest mi raczej niezbędne do życia. – odpowiedziałam bardziej zmęczonym i znużonym niż zirytowanym tonem. Kiwnął niepewnie głową i otworzył mi drzwi od samochodu. – Dziękuję. - Dokąd? – zapytał kierowca. - Myślałam, że Sasuke wydał jasne dyrektywy. Po odwiedzinach u pani Nara wracam do domu. – rzuciłam zdziwiona. - Pan Uchiha dzwonił chwilę temu i zarządził, aby nie wracała pani do czasu, aż skończy spotkanie. – spojrzał na mnie wyczekująco. Westchnęłam. - Do mojej matki. – zapadłam się w fotel. - Ale pani mąż zabronił mi wozić tam panią. – ze stoickim spokojem odpowiedział mężczyzna. - A co mnie to interesuje?! Albo mnie tam zawieziesz, albo pójdę pieszo. – zagroziłam i już otwierałam drzwi, kiedy wzrok kierowcy zmiękł. - Jak sobie pani życzy, pani Uchiha. – odpalił silnik. - Dziękuję, Yozi. – westchnęłam i potarłam palcami skronie. Czekał mnie kawałek drogi, więc zdjęłam buty, podwinęłam nogi na siedzeniu i wróciłam wspomnieniami do dnia, w którym poznałam Sasuke. Siedziałam w kawiarni na obrzeżach Tokio. Jak zwykle zamówiłam szarlotkę na ciepło i kawę z cynamonem. Zagłębiona w lekturze nie odbierałam żadnych bodźców z zewnątrz. Byłam w innym świecie, z resztą jak zwykle, kiedy w coś się angażowałam. Jednak w pewnej chwili coś tknęło mnie, żeby rozejrzeć się po pomieszczeniu. Natknęłam się wzrokiem na samotną na oko pięciolatkę. Siedziała przy stoliku i machała wesoło nóżkami. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że była sama. W kawiarni bowiem siedziałam z dorosłych tylko ja. Zamknęłam książkę i podeszłam do jej stolika. Wpatrywały się teraz we mnie baczne czarne tęczówki. - Jesteś tutaj sama? – zapytałam. - Tak, proszę pani. – odpowiedziała poważnie. Pokiwałam głową w uznaniu, ale wewnątrz zaniepokoiłam się. Kto zostawia dziecko same w takim wieku? - Jak masz na imię? – odsunęłam kosmyk włosów za ucho. - odpowiedziała. – Ja jestem Sakura. - Mogę się przysiąść? – wskazałam dłonią na wolny fotel, a dziewczynka skinęła głową. Umościłam się w poduchach i zmierzyłam ją zaciekawionym spojrzeniem. – Niech zgadnę. Schowałaś się rodzicom? – uśmiechnęła się konspiracyjnie, a ja już wiedziałam, że spłatała im piorunującego figla. - Teraz ja zgadnę. – rzuciła. – Ty uciekłaś złemu smokowi z bajki. – zaśmiałabym się, gdyby nie jej poważny wzrok. - Na jakiej podstawie tak sądzisz? – zapytałam. - Masz różowe włosy, duże i ładne zielone oczy i wyglądasz jak księżniczka. – odpowiedziała. - No to skoro wydało się, że uciekam smokowi to może powiesz mi, gdzie są twoi rodzice? – uśmiechnęłam się. - W Chinach na konferencji w sprawach biznesowych. Jestem pod opieką wujka. – zamurowało mnie. Rezolutne i inteligentne dziecko. Samiko zaczęła bawić się czarnym jak smoła kosmykiem, który wysunął się z niesfornie zaplecionego warkocza. - Kto cię uczesał? – zapytałam, chichocząc. Mała wyraźnie się ożywiła. - Wujek Sasuke! Mówiłam mu, że źle to robi, ale on powiedział, że jest mistrzem w robieniu warkoczy. – zakryła rączką usta. - Niewątpliwie. – odparłam. – Gdzie mieszka wujek? Chwilę potem znajdowałyśmy się w bogatej dzielnicy Tokio przed najpiękniejszym domem jaki kiedykolwiek widziałam. - Twój wujek to Sasuke Uchiha? – zapytałam. Tę rezydencję znałam niewątpliwie. Moja mama była kiedyś w niej kucharką, ale to było za czasów jego rodziców. - Znasz go? – podskoczyła. Złapałam ją za rękę i poprowadziłam do bramy. Zadzwoniłam i po chwili przez dróżkę pędziła ku nam zasapana pulchna kobieta. - Samiko! Samiko! – krzyczała przez łzy. Sądząc po reakcji tej kobiety dziewczynka musiała na długo zniknąć z domu. Brama rozwarła się, a Samiko wpadła w ramiona rozpłakanej kobieciny. - Mizuki! – odpowiedziała czarnowłosa i ogarnęła rączkami szyję Mizuki. Uśmiechnęłam się i odwróciłam się z zamiarem odejścia, kiedy na podjazd wjechał czarny, sportowy samochód. Zamarłam. Sasuke Uchiha. Wjechał wyżej, a ja czym prędzej umknęłam zamykającej się bramie. - Zaczekaj! – krzyknęła za mną Mizuki. Pomachałam jej jedynie ręką i pędem ruszyłam do domu. Kilka dni później, kiedy czytałam książkę w tej samej kawiarni wspomnienia tamtego dnia napłynęły bez zapowiedzi. Po moim sercu rozlało się ciepło na myśl o Samiko. Z cichym westchnięciem zamknęłam tomik i wpatrzyłam się w okno. - Ty jesteś Sakura? – usłyszałam nad sobą męski głos. Zdziwiona podniosłam spojrzenie i chwilę potem patrzyłam w oczy Sasuke Uchihy. - Tak, w czym mogę pomóc? – zapytałam i gestem ręki wskazałam wolne miejsce przy stoliku. Mężczyzna usiadł i zmierzył mnie spojrzeniem, z którego nie dało się nic wyczytać. - To ty odnalazłaś moją bratanicę kilka dni temu. – bardziej stwierdził niż zapytał, ale ja i tak pokiwałam głową. – Chciałem ci podziękować. Z tym urwisem nie da się spokojnie wytrzymać godziny, a od tamtej pory całymi dniami opowiada o różowowłosej księżniczce Sakurze. – kąciki jego ust powędrowały lekko ku górze, a w moim sercu zrobiło się nagle cieplej. Zmieszana odwróciłam wzrok w stronę blatu. - Nie ma za co. Zdziwiłam się, że mała dziewczynka kręci się o tej porze w takim miejscu sama. Podeszłam i porozmawiałam. Tyle. – rzuciłam i schowałam książkę do torby. Podniosłam się z miejsca, a Sasuke wraz ze mną. – Nie musiał się pan fatygować. – zaśmiał się, a od dźwięku jego śmiechu na mojej skórze wystąpiła gęsia skórka. Sakura, co się z tobą dzieje?! - Itachi zabiłby mnie, gdyby Samiko spadł włos z głowy, a Tami dostałaby zawału. – stwierdził. Uśmiechnęłam się nieznacznie. – Spodobała ci się wersja, w której ginę? – spytał poważnie. - Nie, nie! Skądże! – gwałtownie zaprzeczyłam. – Przypomniał mi się tylko piękny warkocz Samiko tamtego dnia. Trochę niestosownie się zachowałam. Proszę mi wybaczyć. – uśmiechnęłam się przepraszająco. - Mistrzyni dyplomacji. – jego usta wykrzywił szarmancki grymas uśmiechu, a moje serce ruszyło w galop. – Może dasz się zaprosić na kawę? Potem wszystko było jak z bajki. Sasuke-książę na białym rumaku i Sakura-księżniczka w wysokiej wieży. Piękne spotkania, czułe spojrzenia, słodkie słówka. Lubię cię, kocham cię, jesteś dla mnie ważna, ty dla mnie też. W końcu usłyszałam ‘Wyjdź za mnie’. Zgrozo, zgodziłam się nie wiedząc, na co się piszę. Piekło na ziemi. Ciągła kontrola, tabuny paparazzi, ochroniarze, kierowcy, prywatni lekarze. Zakazy, nakazy, wykazy. Byłam jak więzień we własnym domu. Koszmar. Jedyny promyczek radości to wizyty ośmioletniej Samiko. - Jesteśmy na miejscu. – usłyszałam, jak Yozi gasi silnik i zwraca się do mnie z uśmiechem. - Dziękuję. W razie czego zmusiłam cię, żebyś mnie tu przywiózł. – odpowiedziałam i wyszłam z auta. – Takeo, tu mnie nikt nie dźgnie nożem. – warknęłam, kiedy ochroniarz zmierzał ku mnie z ręką zawieszoną na kaburze. Posłusznie, acz niechętnie cofnął się do tyłu. Zapukałam do drzwi. Nie musiałam długo czekać. - Mamo… - szepnęłam i padłam w objęcia ukochanej kobiety. - Sakuro. – powiedziała w moje włosy i wciągnęła mnie do środka. – Tak tęskniłam. - Ja też, mamusiu. – rozkleiłam się i rozpłakałam rzewnie. Usiadłyśmy w salonie. - Napijesz się herbaty? – zapytała. - Nie mamy za wiele czasu. Udało mi się przekabacić kierowcę, żeby mnie tu przywiózł. Kwestią czasu jest, jak Sasuke dowie się, gdzie jestem. – odpowiedziałam. - Co to się podziało… Przecież wydawał się być takim miłym chłopakiem. – zamyśliła się. Coś ukłuło mnie w sercu, ale nic nie odpowiedziałam. Chwilę potem słyszałam głos Takeo zza drzwi, że Sasuke kazał natychmiast przywieźć mnie do domu. - Mamo… - rzuciłam błagalnie, kiedy podeszła do mnie i przytuliła mnie do serca. - Wiem, kochanie. Wiem. Pamiętaj, że u mnie zawsze znajdziesz pomoc. – dodała mi otuchy, która wyparowała, kiedy wysiadłam z auta i spotkałam się spojrzeniem z surowym wzrokiem Sasuke. Wyszłam po schodach i minęłam go w drzwiach nie odzywając się ani słowem. Wyszłam na piętro czując jego obecność tuż za mną. Czekała mnie burza stulecia. Wsunęłam się do sypialni i skierowałam się do garderoby, gdzie odwiesiłam płaszcz na wieszak. - Gdzie byłaś? – zapytał. Zastanawiałam się co odpowiedzieć. Musiałam powiedzieć mu prawdę, bo jeżeli sam ją znał, moje kłamstwo wprawiłoby mnie w nie lada problemy. - U Temari, a później u matki. – odpowiedziałam stoicko i wyszłam z garderoby. - Zakazałem ci odwiedzania jej. – warknął. - Nie możesz zabronić mi widywania się z własną matką! – podniosłam głos, ale momentalnie się uspokoiłam. Nie było sensu krzyczeć, skoro na Sasuke nie robiło to żadnego wrażenia. - Owszem, mogę. I zrobiłem to, ale ty złamałaś zakaz. – rzucił jadowicie. Zdjęłam sukienkę i rzuciłam ją na łóżko. Stanęłam do niego tyłem i zrzuciłam z siebie biustonosz. Ubrałam się w szlafrok i wrzuciłam sukienkę do kosza na pranie. - Nie potrafię pojąć dlaczego zabraniasz mi widywać się z nią. – rzekłam zgodnie z prawdą. - Nie musisz wszystkiego rozumieć. – jego bezuczuciowy głos zranił mnie dogłębnie. - Śpię dzisiaj w pokoju gościnnym. – rzuciłam i wyszłam z pokoju zamykając za sobą drzwi. Kiedy tylko zamknęłam się w sypialni pamiętając, żeby klucz zostawić w zamku, pozwoliłam łzom płynąć obficie po moich policzkach. Byłam tak zmęczona, że zasnęłam skulona na krześle. Kiedy obudziłam się cała zdrętwiała i stwierdziłam, że moją głowę rozsadza potężna migrena wymknęłam się cicho z pokoju i wkradłam się do swojej sypialni. Sasuke jeszcze spał, więc bezpiecznie weszłam do garderoby i wzięłam coś do przebrania. Gdy z niej wyszłam z paniką stwierdziłam, ze mojego męża nie ma w miejscu, w którym go zostawiałam. Nagle poczułam na swoim karku jego ciepły oddech, a moje ciało zareagowało gwałtownym dreszczem. Dłonie Sasuke powędrowały jedna na moją talię, a druga na ramię. Zsunął delikatnie materiał szlafroka i zaczął składać subtelne pocałunki na mojej nagiej skórze. Mój oddech lekko przyspieszył. Może na co dzień był zimny i bezuczuciowy, ale w nocy zmieniał się w ognistego i namiętnego kochanka. Wiedziałam, że mu się nie oprę i to mnie martwiło. Poprowadził mnie do łóżka i delikatnie na nie pchnął. W jego ruchach było tyle subtelności i łagodności, co nigdy w jego słowach. Leniwymi ruchami gładził moje ramiona, całując mnie w międzyczasie po szyi i ustach. Jego łagodne i zamglone spojrzenie rozczulało mnie do tego stopnia, że po prostu płakałam. Delikatnie scałował moje łzy i zaczął wodzić nosem po wrażliwej skórze wokół kącików moich warg. W mojej głowie tłukło się pytanie dlaczego jest taki czuły i kochający tylko w takich chwilach? Kiedy ten potworny tyran przejął władzę nad moim Sasuke? Nad tym szarmanckim i ułożonym chłopakiem, któremu bezwarunkowo oddałam swoje serce i duszę. Nad tym troskliwym i słuchającym cierpliwie moim ukochanym. Leżałam bez szlafroka i poddawałam się żarliwym pieszczotom mojego męża. Moje ciało nie umiało kłamać. Byłam jak marionetka w dłoniach sprawnego lalkarza. Byłam jego własnością i tylko on miał do mnie prawo. Będąc chorobliwie zazdrosnym Sasuke potrafił brutalnie ranić ludzi, a niesubordynację w pracy karał bezlitosnymi wypowiedzeniami, bez żadnych odpraw czy świadczeń. On nie miał podwładnych… On miał armię. - Sakura… - pełne miłości i podniecenia westchnięcie Sasuke wyrwało mnie z zamyślenia. Pragnął mnie, szukał mojej bliskości i łaknął uwagi moich oczu i myśli. Nawet te należały do niego. Targana bólem i żalem po niepojętej stracie zwróciłam w jego stronę zbolałe spojrzenie. - Jestem tu. – wyszeptałam, łykając łzy i dławiąc szloch. Widziałam w jego oczach zagubienie, ale nie umiałam z nim walczyć. Miałam poczucie, jakby coś ważnego, coś co tworzyło z moją duszą nierozerwalną całość, próbowało wyrwać się z moich mocno zaciśniętych pięści. - Wiem. – powiedział cicho i wszedł we mnie powoli. Spotęgowane doznanie zawładnęło mną do reszty. Moje myśli i cielesne doznanie stworzyło chemiczną mieszankę, która dostarczyła tyle bolesnej rozkoszy, aż zabrakło mi tlenu. Nie poruszał się, tylko napawał sumienie moim pożądaniem i uległością. Spijał z moich warg westchnięcia i jęki, łapał dłońmi moje spazmy i dreszcze, więził w swoim hipnotyzującym spojrzeniu mój zbłąkany, szaleńczy wzrok. Pochwycił mnie w ramiona i mocno do siebie przytulił. W jego silnych i władczych objęciach czułam się irracjonalnie bezpieczna i kochana. - Cokolwiek nie zrobisz, ja i tak cię kocham. – westchnęłam w jego szyję. Ból, jaki sprawiło mi to wyznanie, był niewymiarowy, spoza tego pokoju, miasta, kraju, świata. Uwięziona we własnych uczuciach, skazana na mrok. - Wiem. – odpowiedział i poruszył się gwałtownie. Tej nocy nie zaliczę do spokojnych i owianych alkową snów i koszmarów. Ta noc wykraczała poza wszelkie normy. Ta noc była po prostu inna. Rano obudziłam tylko swoją świadomość. Moje powieki wciąż były zamknięte, a oddech miarowy. Powoli analizowałam całą sytuację, w jakiej obecnie się znajdowałam. W końcu otworzyłam oczy i z wielkim zdziwieniem stwierdziłam dwie wykluczające się nawzajem zjawiska. A mianowicie godzina jedenasta po południu i Sasuke śpiący przy moim boku o tak późnej porze. Poruszyłam się niespokojnie, na co jego ramię oplatające mnie w pasie zacisnęło się mocniej. Niszczyć idyllę czy znosić potem jego niezadowolenie przez cały tydzień? Już podjęłam decyzję. - Sasuke, jest już po jedenastej. – wyszeptałam mu do ucha. - Yhm. – zamruczał w odpowiedzi, ale nie obudził się. - Sasuke… - szturchnęłam go lekko w ramię, ale i to nie podziałało. Naćpał się czymś czy jak? Zaśmiałam się cicho z własnej wybujałej wyobraźni. - Czemu patrzysz na mnie z przerażeniem? – zapytał trzeźwo. Zamarłam. To już było coś całkowicie nowego i jeszcze nie zdążyłam wypracować odpowiedniej strategii przeciwko takiemu obrotowi sprawy. - Jest jedenasta. Nie powinieneś być w pracy? – zwróciłam się do niego ledwie panując nad swoim drżącym głosem. Bacznie zlustrował moją wykrzywioną strachem i niepewnością twarz i uśmiechnął się. Tak ludzko. - Nawet pracoholicy muszą kiedyś odpocząć. A co daje więcej radości i spokoju jak nie dzień spędzony ze swoją żoną? – musiałam jeszcze śnić. Na pewno to była jakaś mara, a nie Sasuke. Nawał podejrzeń i spekulacji spadł na mnie jak lawina. Dosłownie zmiażdżyła mój mur obronny i poważnie naruszyła konstrukcję psychiczną. To musiał być albo sen, albo jakiś podstęp. Tak. Na pewno. - Będziesz patrzył jak dziergam? – zapytałam niepewnie, a on zaśmiał się. Zgłupiałam. - Ty nie dziergasz, kochanie. Może nie ma mnie całymi dniami w domu, ale to nie znaczy, że nie wiem co się w nim dzieje. – ucałował moje drżące wargi. Jednak gdy ujrzał moje zastygłe, w tej samej mieszance strachu i niepewności, oblicze, spoważniał. – Źle się czujesz? – tego było za wiele. Może i wywołam kolejną kłótnię, ale nic mnie to nie obchodziło. Musiałam wiedzieć, co jest grane. - Przestań! Przestań! – podniosłam głos i wyskoczyłam z łóżka. W lot złapałam jego wczorajszą koszulę, szybko zarzuciłam ją na siebie i zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju. Usiadł i oparł się o wezgłowie mebla, a jego mina nie zdradzała żadnej, choćby najmniejszej emocji. Perfekcyjnie odlana maska obojętności i niezmiennie czujny wzrok. – Nie mogę! Już dłużej tak nie mogę. – rzuciłam mu błagalne spojrzenie, jednak nie liczyłam na żadną reakcję ze strony Sasuke. - Co się dzieje? – zapytał. Nie potrafiłam zdefiniować zabarwienia jego głosu. Żadnego podtekstu, nic. - Do czego dążysz? Czemu nagle zrobiłeś się taki troskliwy? Gdzie tkwi haczyk? Jaki masz plan? Gdzie jest podtekst? – wyrzucałam z siebie kolejne pytania, lecz wbrew pozorom zamiast nakręcać się jeszcze bardziej, uspokajałam się. - Dlaczego twierdzisz, że coś się za tym kryje? – zapytał najspokojniej w świecie, a ja, z równym spokojem i zapałem co on, odpowiedziałam. - Bo człowiek, taki jak ty, nigdy nie robi niczego bezinteresownie. – wstał z łóżka i, zupełne nie przejmując się swoją nagością, podszedł do mnie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Krzyknie? Szarpnie? Uderzy? - Uważasz, że jestem interesowny i bezwzględny? – tak prosto z mostu. Bez ostrzeżenia. Skutecznie zamknął mi usta. Co powiedzieć? Kłamać? - Tak właśnie uważam. – odważnie odpowiedziałam i spojrzałam mu w oczy. – Traktujesz ludzi przedmiotowo. Mnie traktujesz przedmiotowo. Tego mi nie wolno, tamtego mam nie ruszać, tu nie zaglądać, a tak mam siedzieć, stać, jeść, pić i oddychać. – ciągnęłam niezrażona. Pod wpływem impulsu moja odwaga i zdolność jasnego wyrażania własnego zdania w jego obecności wzrosły. Złapał moją twarz w obie dłonie, a ja już wyobraziłam sobie, jak z łatwością i dziką radością skręca mi kark. Nie był zdolny do wypowiedzenia ani jednego słowa. Nie chciał, albo nie umiał. Dwie możliwości, jeden diabeł. Pocałował mnie i odsunął się na bezpieczną odległość. - Ogarnij się. Dzisiaj jedziesz ze mną. – rzucił i zaciągnął mnie do łazienki. Wspólny prysznic to nie była nowość. Już wiedziałam, jak to się skończy. Wszedł do firmy po jakieś akta, a ja siedziałam w samochodzie i wpatrywałam się w te wszystkie szczęśliwe kobiety, które w pracy nie miały wesoło, ale w domu miały ciepło i rodzinną atmosferę. No, może nie wszystkie, ale większość. Jak ja zazdrościłam im tego wszystkiego. No, bo kto znał taką panią Yuki? Albo nawet pana o nazwisku Yoshi? Nikt. A nazwisko Uchiha od pokoleń istnieje nie tylko w biznesie, ale także w wielu dziedzinach nauki. Znani ze swojego profesjonalizmu i przedmiotowego podejścia do wszystkiego, co żyje. Dosłownie nastawienie jak do jakiejś gorszej rasy. Czy to oznaczało, że jestem ta gorsza? W mniemaniu Sasuke byłam tą gorszą, a teraz zostałam uratowana przez wielkodusznego i dobrotliwego Sasuke Uchiha, który poślubił zbluzganą brudnym nazwiskiem nic nieznaczących Haruno, dając jej zaszczyt bycia w świecie kimś ważnym, liczącym się. Żona rekina biznesu, Sakura Uchiha. Istnieję jako małżonka, jego partnerka w życiu, a słowo ‘żona’ oznacza jedynie pozycję społeczną, a nie ostoję i wsparcie dla swojego męża. Moje rodzinne wychowanie i wartości zostały zdławione przez jego nieobecność uczuciową i ogólny, emocjonalny marazm, wynikający z jakiegoś niewyjaśnionego afektywnego upośledzenia z przeszłości. No, bo nie mógł przecież urodzić się z plakietką ‘zimny dupek’! - Jedziemy. – jego obecność mną nie wzruszyła. Nawet nie drgnęłam. Zbyt dobrze i bezpieczne czułam się ignorując go i pogrążając się we własnych przemyśleniach, żeby dla zwykłego podtrzymania rozmowy rezygnować z tej ostoi. Mojego azylu. W pewnej chwili jednak musiałam zareagować. Moim żołądkiem szarpnęło, a w gardle stanęła wielka gula. - Zatrzymaj samochód! – warknęłam. Zawroty w głowie dawały wrażenie jazdy na karuzeli, co nie działało kojąco na mój żołądek. O dziwo posłuchał mojego rozkazu, ale nie miałam czasu ani nawet sposobności, by pławić się w tym malutkim zwycięstwie, bo natychmiast wyskoczyłam z wnętrza pojazdu i wpadłam w najbliższe krzaki. Wszystko, co zjadłam do tej pory zostało zwrócone w piorunującym tempie. Wstrząsnęło mną i ponownie nachyliłam się, aby zwymiotować. - Co się dzieje? – zapytał. Pokręciłam jedynie głową i znów podniosło mnie, jednak tym razem nie miałam już czym zwracać. - Słabo mi. – wyszeptałam. Odgarnął mi z czoła włosy i poczekał, aż odruch ustąpi. Wziął mnie na ręce, a ja wtuliłam się w niego mocno, jak nigdy łaknąc bliskości Sasuke. – Nie puszczaj mnie. Proszę, nie zostawiaj mnie. – błagałam cicho i wczepiłam się w jego koszulkę, przerażona perspektywą jego nagłego odejścia. - Nie zostawię. – mruknął. Wsiadł ze mną na tylne siedzenie jego nowiutkiego cadillac ‘a. - Zabrudzę ci tapicerkę… - szepnęłam i zaszlochałam. Pogłaskał mnie po plecach. - Chrzanić auto. Co ci jest? – nie był jednak zły. Może nawet wyczułam nadzieję w jego głosie? Sama już nie wiedziałam. Nie miałam bladego pojęcia, co mogło być przyczyną mojego złego samopoczucia. - Pomóż mi… - zdążyłam jedynie wyszeptać, nim zapadłam w bagnistą ciemność. Słyszałam jak przez wytłumienie głosy lekarzy. Nic jednak nie potrafiłam wyłowić z ich krzyków i wywodów. To było takie męczące, gdy nagle wszystko wokoło straciło jakikolwiek sens. Złapałam się na tym, że wśród tej całej wrzawy szukam głosu Sasuke. Powiedział, że mnie nie zostawi. Czy to było tylko jego czcze gadanie? Czy był aż tak wyrachowany, żeby zostawić mnie samą na pastwę niesprzyjającego losu? Obawiałam się, że tak. I czułam się potwornie winna, z powodu mojego zwątpienia we własnego męża, ale nawet serce krzyczało z bólu samotności, a rozum w pełni je popierał. Wreszcie się ocknęłam. Urywki świadomości łączyły się w jako tako spójną całość, a umysł starał się wystartować w pełni swoich możliwości. Chwilę trwało, nim impuls z mojego mózgu, poprzez neurony, dotarł do powiek i rozkazał im uniesienie się. - Sasuke? – zapytałam, mimowolnie wyciągając rękę gdzieś w przestrzeń, ale natknęłam się na pustkę. W głębi ducha liczyłam na jego obecność. - Pani mąż poszedł do bufetu. Powinien za moment wrócić. – uśmiechała się do mnie pielęgniarka, której wcześniej nie zauważyłam. Kobieta w ekspresowym tempie znalazła się przy moim łóżku i podpięła coś do kroplówki. - Niech mi tylko pani powie, czy jestem w ciąży. – objawy się zgadzały. Poza tym to jedyna rzecz, jaka przyszła mi na myśl. - Nie, nie jest pani w ciąży. – usłyszałam wyrocznię. Nie umiałam na dany moment określić czy cieszyłam się z tej wiadomości. No, bo jak nie ciąża, to co? - Sakura? – usłyszałam głos Sasuke. Tak upragniony i wybłagany w głębi mojego umysłu. Był troskliwy i przerażony. - Jesteś. Jesteś tu ze mną… - uspokajałam oddech, kiedy dosiadł się do mnie i złapał mnie za rękę. - Cokolwiek nie zrobisz, ja i tak będę cię kochał. – powtórzył cicho zdanie, które wypowiedziałam poprzedniej nocy. Moje oczy zaszły łzami, a w klatce ścisnął mnie nieopisany ból. - Witam państwa. – atmosferę zmącił natrętny głos wchodzącego mężczyzny. Przedstawił się jako mój lekarz prowadzący. – Niestety, ale nie mam pomyślnych wiadomości. – zamarłam. Sasuke widocznie także nie wiedział, co mężczyzna ma nam do przekazania, bo spiął się momentalnie, a jego spojrzenie bacznie lustrowało mimikę lekarza. - Powie nam pan wreszcie co jest na rzeczy, czy mam pana zmusić? – warknął nieprzyjemnie mój mąż. Szybko złapałam go za rękę i ścisnęłam lekko w uspokajającym geście. Westchnął. - Pani Sakuro, ma pani guza. – odleciałam. Dosłownie. Zemdlałam. Nagle urwał mi się film i już. Mam guza? To jakiś kiepski żart?! Bo osobiście czuję się jak w jakiejś tandetnej niskobudżetowej produkcji, gdzie chorym i niezrozumiałym sposobem gram główną rolę. Nie dam się w to wrobić. Obudziłam się. Nie wiem, która była godzina, jaki dzień. Nie interesowało mnie to, bo dla mnie czas stanął w momencie postawienia nierokującej na przyszłość, diagnozy. - Saki… - nie pamiętam, kiedy ostatni raz zwrócił się do mnie w taki sposób. Moje serce drgnęło, ale momentalnie zamarło w oczekiwaniu na inny splot wydarzeń. Niestety, to nie było déjà vu, które pozwoliłoby mi na ponowne przeżycie tego samego dnia, tylko z innym skutkiem. Czas nieubłaganie płynął dalej, a ja tkwiłam jak kamień na dnie jego rzeki. - Więc to nie był sen? – załkałam cicho. Nie musiał nic mówić. Jego spojrzenie jak nigdy wyrażało wszystko. - Masz guza wielkości mandarynki, który uciska na twój kręgosłup. Jest kwestią czasu, jak zniedołężniejesz od pasa w dół. – zreferował głosem maszyny; bez uczuć i zbędnych ubarwień. Nabrałam w płuca sporą dawkę powietrza i zatrzymałam je. Czułam, jak dreszcze rytmicznie przesuwają się po mojej skórze. - Wyjdź. – warknęłam. Nie ruszył się z miejsca. Ogłuchł?! – Wynoś się stąd! Nie chcę cię więcej widzieć na oczy! – nie wiem, czemu tak mówiłam. Teraz, z głębszej perspektywy, bo z perspektywy upływu czasu, widzę, że tak naprawdę nie chciałam jego litości. Byłam pewna, że rozwiedzie się ze mną. Po co mu niepełnosprawna żona z wielkim, nieuleczalnym guzem? Łamałam się. Proces rozwoju mojej depresji dałoby się zapisać w postaci kilkusekundowego cyklu. Już tego samego dnia odmówiłam przyjmowania jakichkolwiek posiłków. Upierałam się, że wszędzie będę chodziła sama, o własnych siłach. Prawie w ogóle nie kładłam się do łóżka w obawie, że gdy poleżę chociażby kilka sekund, to zaniemogę na zawsze. Paranoja zawładnęła moim życiem w kilka chwil. Tak mało brakowało, żebym całkowicie dała się złamać przez los. Sasuke nie pojawił się przez kilka najbliższych dni. Kazałam przefaksować moją wiadomość do jego gabinetu. W treści wpisałam prośbę o szybki rozwód i całkowicie zrzekłam się jakiejkolwiek części majątku Sasuke. Nie rościłam sobie żadnych praw. - Proszę o przeniesienie mnie do zwykłego szpitala miejskiego. Jeżeli jednak nie ma potrzeby mojej dalszej hospitalizacji, to pozwolę sobie zażądać wypisu ze skutkiem natychmiastowym. – stałam przy swoim łóżku i zapinałam ostatni guzik od mojej koszuli. - Niestety, nie możemy pani wypisać. – pielęgniarka nerwowo skubała rożek swojego kitla. Podniosłam na nią karcące spojrzenie. - W takim razie opuszczam szpital bez wypisu. Na własne życzenie. Jestem osobą dorosłą i nikt mnie nie ubezwłasnowolni. Żegnam. – skierowałam się w stronę wind. W pewnej chwili poczułam, jak moje kolana sztywnieją, a łydki zaczynają mrowić. Wzięłam kilka głębszych wdechów i odczekałam tę chwilę słabości. Nie byłam przygotowana na to, że paraliż może nastąpić w tak krótkim czasie. Wsiadłam do windy i wcisnęłam ‘parter’. Zjechałam w dół i weszłam do przestronnego holu. Rozglądałam się po klinice, gdy napotkałam Sasuke, stojącego przy kontuarze. Spanikowana wbiegłam do damskiej toalety i zabarykadowałam się w jednej z kabinek. Wzięłam kilka głębszych wdechów i rozmasowałam drętwiejące łydki. Czego się bałam? Co mógł mi zrobić Sasuke? Był moim mężem, a ja rozpaczliwie szukałam w nim oparcia. Zwłaszcza teraz, w tym trudnym dla mnie momencie życia. Wiedziałam kogo napotkam, gdy wyjdę z łazienki. Poprawiłam więc bluzkę, przeczesałam palcami włosy i na zdrętwiałych nogach wyszłam z kabiny. Mój mąż stał w drzwiach, oparty o ich framugę. Nie poznałabym go kilka dni temu. Dzisiaj patrzyły na mnie zaszklone, pociemniałe od niewyspania oczy, otoczone cieniami i workami, które odcinały się gwałtowną szarością na tle bladej skóry. Innymi słowy obraz nędzy i rozpaczy. - Nie podejdę dalej. Nie panuję nad nogami. – powiedziałam i zachwiałam się lekko. Sasuke kocim ruchem doskoczył do mnie i złapał, w porę chroniąc przed, jednym z wielu z resztą, upadkiem. Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. Umiałam jedynie uczepić się palcami jego koszuli i wpatrywać się w guziki, natrętnie licząc w nich oczka. Zaskakujące, ale za każdym razem było ich cztery. O, ironio. - Nie dam ci rozwodu. – powiedział. To musiało trawić go przez ostatnie kilka dni, skoro wyrzucił te słowa z niewypowiedzialną ulgą. - Nie męcz się ze mną. – rzuciłam, usilnie przekonując się do własnych słów. – Daję ci możliwość normalnego życia. Bez ciężaru w postaci chorej żony. – dodałam i pożałowałam tych słów. Ścisnął mocniej moje nadgarstki i szarpnął mną lekko. Podziałało, bo podniosłam na niego zbolałe spojrzenie. - Saki… - zamruczał. Zamknęłam powieki, starając się nie uronić ani jednej łzy. – Chodźmy do domu. Bez ciebie nie umiem zasnąć. – wziął mnie na ręce i skierował się do wyjścia. Szarpnęłam się lekko. - Puść mnie. Chciałabym iść sama, dopóki jeszcze potrafię. – odepchnęłam jego pomocną dłoń i skupiona doszłam do drzwi z kolosalną zadyszką. Czułam się tak staro. Jakbym nagle dostała w niechcianym darze dodatkowe trzydzieści lat. Trzydzieści lat dodatkowego bólu i cierpienia. Przejście przez hol zajęło mi piętnaście minut. Normalnie trwałoby to dwadzieścia sekund. Sasuke jednak cierpliwie szedł za mną i asekurował mnie do wyjścia. Potem nie słuchał już moich protestów, tylko wziął mnie na ręce i niemalże biegiem dotarliśmy do auta. Wsadził mnie na przednie siedzenie i zamknął drzwi, a sam prędko zasiadł za kierownicą i ruszył w stronę domu. Tę noc spędziłam na bezsennych przemyśleniach. Podczas, gdy Sasuke spał wtulony w moje ciało, ja usilnie starałam się zrozumieć cel, dla którego zachorowałam. Jednak za nic w świecie nie potrafiłam go rozgryźć. Mimowolnie przeczesałam jeszcze wilgotne po kąpieli włosy Sasuke i oddałam się w łaskawe objęcia Morfeusza. Autor: .romantyczka

moje serce tyka tyka